Tematy około macierzyńskie mogą zaczekać. W końcu aktualne są przez cały rok. Teraz mamy lato i warto pomyśleć również o sobie! Na pierwszy ogień idą nogi – kiedy, jak nie teraz, je eksponować!

 

ZMIANA PRIORYTETÓW

Zanim urodziłam syna, poranne pielęgnacyjne zabiegi sprawiały, że, aby spóźnić się do pracy tylko pół godziny, musiałam do niej biec. Na usprawiedliwienie dodam, że zawodowo zajmowałam się pisaniem o kosmetykach, tak więc mój czas w łazience był niejako podyktowany zawodowymi „potrzebami”.

Dziś w mój poranny rytuał wlicza się nerwowe oblewanie prysznicem przy otwartych drzwiach łazienki, z równoczesnym nasłuchem sytuacji w salonie. I trwa to wszystko może dwie minuty.  Nie oznacza to jednak, że chodzę zaniedbana. Jestem mistrzynią ekspresowej pielęgnacji, której hasło mogłoby brzmieć: „minimum wysiłku dla maksimum efektu”. Jak więc słowa te przekuwam w czyny?

POWIEDZMY TO SOBIE SZCZERZE

Na początek wyjaśnijmy sobie dwie rzeczy – ideałów nie ma. Jesteśmy piękne takie, jakie jesteśmy i niezależnie od tego, jak naiwnie i banalnie to brzmi, im szybciej to zrozumiemy, tym lepiej. Po drugie – bądźmy realistkami. Niektórych niedoskonałości naszej urody nie przeskoczymy. Im szybciej je polubimy i nauczymy się z nimi żyć, tym lepiej.

 OSTATECZNE STARCIE

 O tej porze roku największymi sprzymierzeńcami moich nóg w łazience są wszelkie akcesoria trące oraz masujące. Ścierają martwy naskórek, pobudzają krążenie, dodają skórze jakby trochę rumieńców i przy okazji budzą mnie rano do działania. Najprostszym i zarazem najgenialniejszym gadżetem jest szczotka ze sztucznego włosia (taka z długim, wygodnym uchwytem) – szoruję się nią na sucho zaczynając od stóp a na dekolcie kończąc.  Najczęściej po kąpieli. Zajmuje mi to paręnaście sekund, w porywach do minuty, a daje niesamowite efekty! Najprzyjemniejszym z nich jest widoczna redukcja cellulitu. Tak dla jasności – i tak go mam, bo nie wyobrażam sobie życia bez słodyczy, ale może dzięki tej szczotce zachowuję chociaż jakieś status quo!

 Od czasu do czasu ścieram też naskórek peelingiem. To może trochę nie na temat, ale zawsze pilnuję, aby wybierać peelingi naturalne – to zdrowsze dla mnie, ale i dla naszej planety. Zawarte w peelingach sztuczne mikro granulki poważnie zanieczyszczają zbiorniki wodne i są praktycznie niemożliwe do wyłapania. W efekcie są trucizną dla spożywających je milionów morskich stworzeń.

 Na godzinny, relaksujący masaż na mieście niestety nie znajduję czasu, co nie znaczy, że nie staram się sama wykonać chociaż mini masażu. Od czasu do czasu, przy okazji i chociaż chwilę. Gdy wcieram balsam, robię to zawsze posuwistymi, masującymi ruchami, od kostek w kierunku serca – to dobre dla krążenia nóg, a z nim nierzadko w lecie bywają problemy. Czasem też zdobywam się na ekstrawagancję w postaci przejechania po skórze masażerem lub rollerem – w drogeriach znajdziesz fajne propozycje w naprawdę niskiej cenie. Powinny je omijać jedynie posiadaczki skóry naczynkowej. Latem, szczególnie w te upalne dni, zawijam też parę kostek lodu w szmatkę i takim pakunkiem masuję nogi. Poprawia to ich krążenie i przynosi ulgę.

 Te bardziej odważne z was, wypróbować mogą chińską bańkę – w salonie albo domowych warunkach. Podobno świetnie niweluje cellulit. Mówię podobno, bo do odważnych nie należę. Zabieg nią wykonywać można 2 razy w tygodniu. Na początek koniecznie posmaruj skórę olejkiem, kremem lub nawet zwykła oliwą. Zabieg wykonuj wzdłuż włókien mięśni. Bańką zassij skórę, a następnie pociągnij ją od dołu do góry. Trochę napracować się trzeba, ale to jedna z najlepszych ujędrniających skórę metod. Gumową bańkę, najlepiej taką w średnim rozmiarze, kupisz w aptekach lub eko sklepach. W drogeriach znajdziesz je w gotowych zestawach z kremem antycellulitowym.

 W POSZUKIWANIU OPALENIZNY

 Jak słusznie zauważył kiedyś Ryszard Rynkowski – dziewczyny lubią brąz. W opaleniźnie jest jakaś magia. Ładniej, smuklej, ponętniej wyglądamy. I niezależnie od tego, ilu ekspertów trąbić będzie o niebezpieczeństwach, jakie niesie ze sobą opalanie, my, i tak, dla fajnej opalenizny zalegniemy na plaży w oczekiwaniu na „zdrowszy” kolor skóry.

 Jeśli czasu albo słońca brak, polecam opaleniznę w płynie. Nowoczesna technologia sprawia, że z roku na rok, bronzerom coraz dalej do cuchnących, plamiących specyfików sprzed paru lat. A i efekty zobaczyć można naprawdę szybko i zachować na długo. Do wyboru mamy więc balsamy stopniowo brązujące, które trzymają się na skórze dłużej, ale każą na siebie parę lub paręnaście dni zaczekać, albo bronzery zmywalne, które efekt zapewniają od razu… do pierwszego mycia. Uwaga z ochlapaniem na basenie! 🙂  Najwygodniej nałożysz je specjalną gąbką albo rękawicą, która równomiernie rozprowadzi kolor po skórze. Zawsze przed nałożeniem bronzera porządnie ścieram skórę peelingiem i nawilżam balsamem. Kolor lepiej się dzięki temu utrzymuje.

 Sama technika nakładania bronzera też nie jest bez znaczenia. Popularne parę lat temu konturowanie twarzy, ma swoje zastosowanie również na innych częściach ciała, np. dekolcie czy właśnie nogach. Pomaga je bez ćwiczeń, optycznie wysmuklić i upiększyć. Na Youtube znajdziesz całe mnóstwo tutoriali o różnym stopniu zaawansowania. Ostrzegam, że wyglądają raczej kosmicznie i większość matek czasu na takie żmudne konturowanie raczej nie znajdzie. Ja korzystam jednak z tej metody na swój sposób. Do bronzera dodaję parę kropli rozświetlacza do makijażu albo olejku z mieniącymi się drobinkami. A jeśli nie mam żadnego z powyższych, po nałożeniu bronzera, przejeżdżam po nogach pędzlem z dodatkiem pudru rozświetlającego. Opalenizna wygląda dzięki temu bardziej „trójwymiarowo” i naturalnie. Olejek z drobinkami nierzadko nakładam też na całe ciało – ale naprawdę odrobinę. Lubię błyszczeć, ale bez przesady 😉 

Z POMOCĄ PRZYCHODZI PODKŁAD

Nie samym bronzerem człowiek jednak żyje. Co, jeśli nie mam żadnego pod ręką, a kolor moich nóg swoją bielą mógłby porazić mijanych przechodniów? W dodatku milion małych siniaków, pękniętych naczynek czy krostek aż prosi się o ukrycie? Z pomocą przychodzi zwykły podkład – najlepiej o parę tonów ciemniejszy niż ten używany na twarz (jeśli ktoś cię takim kiedyś obdaruje, nie pozbywaj się go zbyt szybko!). Mieszam parę solidnych kropli z balsamem i wcieram dokładnie w nogi.

 Mam nadzieję, że te triki urodowe przypadły wam do gustu. Często dodaję do nich jeszcze solidną dawkę pewności siebie, uśmiechu, no i koniecznie zakładam różowe okulary. Idealna nie jestem, ale żeby ganiać za synem po plaży i rzucać się z nim w fale, wcale taka być nie muszę 😉

Marysia Dąbrowska

Dziennikarka, absolwentka szkoły filmowej w Łodzi. Przez wiele lat pracowała w magazynie Joy, w którym prowadziła dział urody i pełniła obowiązki zastępcy redaktor naczelnej. Od ponad roku jej zainteresowania krążą bardziej wokół tematów macierzyńskich. Uwielbia gotować i jeść. Planować podróże i podróżować. A także czytać książki, najchętniej swojemu synkowi.

Dodaj komentarz

Chcemy być z Tobą w stałym kontakcie.

Zostaw swojego maila, aby otrzymać darmowe inspiracje, informacje o naszych akcjach, promocjach i najnowszych postach.

Subskrybując newsletter wyrażasz zgodę na przetwarzanie podanych danych i otrzymywanie od mamawokolicy.pl informacji handlowych.