Umówiłyśmy się na spotkanie z „Majsterkami” – Sylwią Czubkowską, Basią Sową i Alicją Rzeczkowską.  Dziewczyny prowadzą poczytnego bloga o majsterkowaniu. Ich stronę na Facebooku lubi już ponad 17 tys. osób. Nagrały cykl o majsterkowaniu na YouTube i w telewizji. Prowadzą warsztaty. Chciałyśmy je zapytać, jak to jest, że w PRL był Adam Słodowy, a dzisiaj są „Majsterki”. ☺

Trafiamy na Mińską 65, na warszawską Pragę. To dziś azyl dla sektora kreatywnego. Duże, postindustrialne przestrzenie oferują miejsce na eventy, produkcję filmową czy na pracownie rzemieślnicze i artystyczne. Tutaj, w dawnej praskiej drukarni, swoją pracownię mają „Majsterki”.

Mamawokolicy: Jakie były początki „Majsterek”? Jak się poznałyście?

Sylwia: W listopadzie ubiegłego roku minęły 3 lata od powstania „Majsterek”.

Basia: Ja jestem generalnie łącznikiem, bo z Sylwią znam się z redakcji, a Alicję znam jeszcze z czasów studiów. Poznałam dziewczyny ze sobą i tak się zaczęło.

(Sylwia i Basia są dziennikarkami, a Alicja zarządza działem marketingu w firmie specjalizującej się w produkcji automatyki do rolet i markiz – przyp. redakcji).

MWO: Spotkałyście się i …

Basia: Każda z nas robiła wcześniej majsterkowe rzeczy. Mniej więcej w tym samym czasie stałyśmy się posiadaczkami nowego mieszkania albo zrobiłyśmy remont i okazało się, że każda miała te same problemy, te same tematy – czyli jak urządzić mieszkanie bez pieniędzy, jak sobie poradzić z problemami, które zostawiła ekipa remontowa. I to nas zjednoczyło. Spotykałyśmy się i padało hasło „przeróbmy stolik”, albo „odnówmy coś”, a przy okazji oczywiście usmarujmy cały dom. Majsterkowanie stało się naszą pasją.

MWO: A jak Majsterki „wyszły” do ludzi?

Sylwia: Zaczęłyśmy wrzucać zdjęcia naszych projektów na Facebook – najpierw każda na swoje prywatne konto. A nasi znajomi dopingowali „fajne! Jak to zrobiłaś? Tak sama?”.To nam dało kopa, by robić dalej. W pewnym momencie wpadłyśmy na pomysł, żeby założyć bloga i pokazywać rzeczy, które robimy. Ale to nie było takie szybkie i łatwe. Zajęło nam to rok.

MWO: Jak wymyśliłyście nazwę?

Sylwia: Nie chciałyśmy wymyślać niczego po angielsku. Miało być po polsku. Jesteśmy jak Wajda, może i zdarza nam się wtrącić coś po angielsku, ale myślimy po polsku.

Basia: Od początku wiedziałyśmy, że ma to być gra słowem, albo nowe słowo.

Sylwia: Coś, co się ewidentnie kojarzy z pracami remontowo-majsterkowymi. Pamiętam, że siedziałyśmy i zastanawiałyśmy się, jak się mówi do kogoś, kto to robi – „ panie stolarz, panie hydraulik, panie majster…pani majster? A więcej, niż jedna? I wyszło, że „Majsterki”.

MWO: A czy to nie jest tzw. „męskie zajęcie”?

Alicja: Na początku, jak zaczynałyśmy, to faceci się na nas patrzyli, tak jak byśmy spadły z księżyca. W tej chwili nam zazdroszczą i trochę im wstyd się przyznać, że sami nie potrafią obsługiwać wiertarki czy stuga czy pilarki.

Sylwia: Poznajemy coraz więcej ludzi, którzy robią takie rzeczy, jak my. I o dziwo jakieś 60-80% to kobiety.

Alicja: Mit o tym, że tylko mężczyźni majsterkują już runął. Kobiety się wkurzyły. Mają dość czekania na wkręcenie żarówki i biorą sprawy w swoje ręce po prostu. Co jest i świetne i ma swoje wady …

MWO: No właśnie… Czy to się teraz w waszym przypadku nie kończy tym, że „przecież masz pracownię, zrób sobie sama”?

Alicja: Aż tak może nie, ale za to regularnie słyszę: „Ty tego nie wiesz? Przeczytaj, zobacz. To jest przecież samorozwój”. (śmiech)

Sylwia: W moim otoczeniu jest trochę inaczej. Właśnie przez to, że ja się zajęłam majsterkowaniem, moja rodzina zaczęła doceniać takie prace. W planach mają remont i słyszę, jak moi bracia i ojciec mówią „sami zrobimy”. Nie tam, że ekipa, że trzeba będzie fachowców szukać. Chcą robić sami.

MWO: Zaszczepiłaś w rodzinie majsterkowego bakcyla.  Czyli nie było tak, że na początku jakiś facet wam pomagał?

Sylwia: Nie, nigdy nie miałyśmy faceta, który coś za nas robi. Żadnego tajemniczego pana stolarza, który stał z tyłu i robił za nas, a my tylko malowałyśmy i wkręcałyśmy ostatnia śrubkę pozując do zdjęcia.

Alicja: Teraz mamy faceta! Co prawda bardziej przeszkadza na razie niż pomaga (śmiech).  Ma dziewięć miesięcy więc jeszcze trochę mu zajmie zanim do nas w pełni dołączy. (mowa o Leonie, synu Alicji – przypis redakcji).

MWO: Macie jakiś podział ról?  Kto za co odpowiada?

Sylwia: Jeśli chodzi o naszą pracę blogową, to Basia jest naszym fotografem i stylistą. Dobiera elementy do sesji, pilnuje, by wszystko ze sobą grało. Alicja jest planistką, która wszystkiego pilnuje i to tak mega pofesjonalnie. Rozpisuje wydatki, zadania, zobowiązania w excelu. Pilnuje też, żebyśmy pojechały, tam gdzie trzeba na czas, żeby nie zabrakło nam materiałów. Ja zaś najbardziej lubię pisać i działam w mediach społecznościowych.

Basia: W majsterkowaniu też mamy podział. Sylwia jest naszą ekspertką od drewna. Jeśli trzeba coś zrobić ze stolarki, to Sylwia jest w tym świetna, a jak nie wie co i jak,to się tego uczy. Alicja za to ma wiedzę, gdzie zdobyć np. zegar z połowy XIX wieku i zmysł do wymyślania, co można zrobić nowego z wydawać by się mogło starych, niepotrzebnych rzeczy. Ja najczęściej zajmuję się wykańczaniem projektów, ich ozdabianiem, malowaniem.

MWO:  A robiłyście jakieś kursy, przygotowanie merytoryczne do majsterkowania?

Sylwia: Tak, całe to nasze majsterkowanie to ogromna nauka i dlatego  od początku zaliczałyśmy sporo kursów. Ciesielstwo, stolarstwo, szycie krawieckie, renowację mebli, kurs fotograficzny, kurs mozaiki, nawet decoupage. Każda, zgodnie z własnymi zainteresowaniami i możliwościami czasowymi.

Basia: Jesteśmy uzależnione od uczenia się. To to nas nakręca, daje frajdę i napędza do działania. Ja to uwielbiam i myślę, że każda z nas tak ma.

MWO: Podejmujecie się każdego wyzwania? Niezależnie czy jest to gigantyczna szafa trzydrzwiowa czy antyk?

Sylwia: Nie bierzemy antyków. Antykami powinni się zajmować specjaliści. My nimi nie jesteśmy i nie będziemy tego udawać.

Basia: Jeśli chodzi o gabaryty, to oczywiście mamy świadomość tego, że jesteśmy kobietami i nasze majsterkowanie różni się od takiej roboty, którą wykonuje cieśla. Choć Sylwia kurs ciesielki też zaliczyła. Po pierwsze, nie jesteśmy w stanie udźwignąć wielu rzeczy, ani wtargać do naszej pracowni na drugie piętro. Po drugie, nie mamy takich maszyn i przygotowania, żeby zacząć nagle działalność rzemieślniczą z prawdziwego zdarzenia. Jesteśmy amatorkami, w ogromnej części samoukami, które uwielbiają to swoje hobby. Choć majsterkowanie to dla nas dużo więcej niż zwykła zabawa, to i tak żadna z nas nie nazwie się rzemieślniczką.

MWO: Jak doszło do powstania pracowni?

Alicja: Nasze mieszkania to nie są wille z basenem, domki jednorodzinne pod miastem z ogrodem, tylko zwykłe miejskie kawalerki. Wyobraźcie sobie szlifowanie mebla na 40 metrach? Kurz, mimo wielokrotnego sprzątania, ciągle znajdywałyśmy w kolejnych miejscach. W pewnym momencie nie masz już gdzie tego wszystkiego co odnawiasz i czym odnawiasz przechowywać. Znowu kolejny, fajny mebel? Ale co z nim zrobić? Gdzie wstawić, gdzie nad nim pracować?

Basia: Ja miałam w pewnym momencie zawalony cały strych i piwnicę. W piwnicy ustawiało się już meble partiami.

Sylwia: A ja wykorzystywałam balkon …

MWO:  Innymi słowy, powstanie pracowni wymusiło życie?

Sylwia: Tak. Długo szukałyśmy miejsca. Kilka dobrych miesięcy.

MWO: A jakie były założenia? Jakie warunki powinna spełniać taka pracownia?

Sylwia: (śmiech)… To miejsce nie spełnia żadnego z założeń. Miało nie być na piętrze, jest na piętrze. Miało mieć windę lub wygodny podjazd. Nic z tego. Miało być takie, by do niego trafić. Trzeba kluczyć niezłym labiryntem. Ale i tak je uwielbiamy.

Alicja: Na początku skupiałyśmy się na lokalach miejskich. Bo te z założenia są tańsze. Ale okazało się, że to miejsca gdzie albo tynk sypał nam się na głowę, albo biegały stada karaluchów, nie było sufitów, okien lub ogrzewania. Zweryfikowałyśmy więc swoje oczekiwania, co do lokalu …

Basia: To miejsce znalazłyśmy trochę przez przypadek. Dzięki naszym przyjaciółkom – bo nie jesteśmy tutaj same. Tę przestrzeń – Kobiecą Pracownię Rzemieślniczą – dzielimy z dwoma biznesami: Klaudią z „Moi Mili” i Julką z „Love, Love”. Dziewczyny szyją rzeczy dla dzieci – narzuty, poduszki, zabawki.

Alicja: Miały już tutaj na Mińskiej 65 swoja małą pracownię. Marzyła im się jednak większa, tyle, że to oznaczało też większe koszty. I tak połączyłyśmy siły i podzieliłyśmy wydatki.

Sylwia: Pracują tu w ciągu tygodnia, od poniedziałku do piątku. A my przychodzimy w weekendy. Oczywiście wpadamy też czasami w tygodniu, ale pracujemy przecież na etatach więc nie mamy na majsterkowanie aż tak dużo czasu.

MWO: W jaki sposób sfinansowałyście pracownię i początki działalności?

Sylwia:  Zarabiamy, jesteśmy kobietami samodzielnymi, więc miałyśmy pieniądze na pasję, hobby. Najpierw kupowałyśmy, tak od czasu do czasu, jakieś narzędzie. Traktowałyśmy to trochę jako taki wydatek na przyjemności, a trochę jak inwestycję w siebie. Potem pojawił się lokal na pracownię, który był w bardzo złym stanie. Wiadomo było, że potrzebne będą spore nakłady i finansowe i pracy by go wyremontować i urządzić. Tak padł pomysł na zrobienie zbiórki crowdfoundingowej na Kobiecą Pracownię Rzemieślniczą. Poszukałyśmy też sponsorów, którzy trochę nas odciążyli, dając nam materiały niezbędne do remontu.

Alicja: Staramy się wybierać takie marki, z którymi nam się dobrze współpracuje i myślę, że te marki, które nas wybrały, też dobrze oceniają pracę z nami. To kwestia wzajemnego zaufania.

Sylwia: A koniec końców wiadomo, jak to w każdej korporacji czy dużej firmie, pracownicy są rozliczani z efektów. Raportujemy. Podajemy liczbę fanów, ruch na stronie, który wpis się najbardziej podobał, itd. To tez dla nas nowa nauka, bo wcześniej tego nigdy nie robiłyśmy.

MWO: Polecacie crowdfunding jako formę finansowania działalności?

Alicja: Trzeba pamiętać, że to nie jest tylko wrzucenie sobie ogłoszenia do internetu i niech mi zasponsorują pracownię. To jest olbrzymia praca, naprawdę.

Basia: Zrobiłyśmy film promocyjny. Trzeba też było zapewnić nagrody wpłacającym. Wysłać symboliczną kartkę z podziękowaniem, czy chociaż mały gadżet – w naszym przypadku robiłyśmy wysyłkę do ponad 100 osób. Trzy miesiące się rozliczałyśmy z tego. Część pieniędzy oczywiście musisz oddać platformie crowdfundingowej.

MWO: Jaki to jest procent?

Sylwia: Około 10%:  za obsługę karty kredytowej 2 lub 3 % i chyba 7 % dla Polak Potrafi. Platformy crowdfoundingowe pobierają różne opłaty, no ale zawsze część pieniędzy trzeba oddać za obsługę zbiórki.

MWO: Czyli crowdfoundingu nie polecacie jako jedynego źródła finansowego na założenie działalności?

Basia: Nie. Mówi się o tym, że start-upy, albo takie inicjatywy jak nasza na początku zawsze finansuje 3F: friends, fools and family. Nam też pomogła rodzina, przyjaciele, dalsi znajomi. Naprawdę polecam tę drogę. Warto też wykorzystać media społecznościowe, żeby poprosić o pomoc znajomych.

MWO: Od razu wiedziałyście, co „Majsterki” będą robić?

Alicja: Cały czas szukamy. Chociaż tak naprawdę wiemy, co nas najbardziej kręci, co która lubi robić, to i tak to później wiele wychodzi w praniu. Czasem przez przypadek trafia się projekt czy oferta, od której zaczynają się przełomy. Warsztaty z „Wzorami”, były takim przełomem. Nagle okazało się, że mamy sześćdziesięcioro dzieci do ogarnięcia, a miało być dziesięcioro. I też dałyśmy radę. To był dla nas poważany sprawdzian własnych możliwości.

Albo „Pytanie na śniadanie”. Ktoś przeczytał o nas na blogu i zapytał czy nie przyjdziemy do „Pytania na śniadanie” jako bohaterki. Temat się spodobał, my jakoś zainteresowałyśmy  wydawcę i zaproszono nas do współpracy – powstał stały cykl ze „Zrób to Sam” robionym na żywo. To był kolejny przełom. Żadna z nas, tak na co dzień, nie pracowała z kamerą, a tu mamy majsterkowanie na żywo w telewizji, przed milionami widzów. To było mega wyzwanie. No i musiałyśmy w telewizji być już o 7 rano, w poniedziałek!

Basia: Pierwsze kilka nagrań było naprawdę trudno, ale później doszłyśmy do wprawy. Wiedziałyśmy oczywiście, co chcemy robić w każdym odcinku. Miałyśmy wszystko ułożone wcześniej, a tu słyszymy „Macie trzy wejścia, po 2 minuty”. I teraz, co pokazać? W którym wejściu? Co powiedzieć? Na jakim etapie zaawansowania muszą być prace? Tu jeszcze farba nie wyschła, tu jeszcze coś nie skończone.

Sylwia: E tam, farba, kwietnik…  Ale kiedy powiedzieć: „Więcej na Majsterki.pl”? (śmiech) To było kluczowe!

MWO: Odczułyście zwiększenie zainteresowania po tym programie?

Sylwia: Bardzo. Telewizja działa.

MWO: Z jakiego segmentu widzów był największy oddźwięk?

Sylwia: Najwięcej matek w wieku 35+, ale było też sporo młodych ludzi  takich do 25 roku życia.

Basia: Było więcej like’ów na fan page’u, więcej wejść na stronę, więcej komentarzy. Więcej osób chciało przyjść też do nas na zajęcia.

Sylwia: Widzowie „Pytanie na śniadanie” to faktycznie głównie kobiety i mamy, ale bloga Majsterki.pl czytają bardzo różne osoby. Dużo dwudziestolatków i trzydziestolatków.

Basia: To ludzie, którzy mają jakąś pracę, najczęściej umysłową, pracują w korporacji, albo studiują. Urządzają swoje pierwsze kupione lub wynajęte mieszkanie. Chcą coś zrobić, żeby ogarnąć i oswoić przestrzeń, ale też chcą mieć frajdę ze zrobienia czegoś samemu. Wiemy, jak to jest w robocie, w korporacji. Wypełniasz te tabelki, robisz prezentacje, piszesz i z tego, koniec końców, nie ma nic fizycznego. A tutaj, przyjdziesz, zrobisz sobie stolik i zabierzesz do domu.

MWO: Waszym głównym klientem są, więc osoby w wieku 25 + do 40, z przewagą kobiet. A kto jest waszym ulubionym klientem?

(długa cisza …)

Sylwia: My nie bardzo mamy klientów. Mamy czytelników, mamy fanów, mamy uczestników warsztatów. Ludzie, którzy do nas trafiają, czytają nas, kontaktują się z nami, nie są przez nas traktowani jak klienci tylko jak partnerzy, czasem wręcz naprawdę fajni koledzy. Bo poznajemy kolejne osoby, z którymi utrzymujemy kontakty. Często jest też tak, że za warsztat wcale nie płaca jego uczestnicy tylko sponsor.

MWO: Czyli na razie nie „żyjecie” z „Majsterek”?

Sylwia: Nie, nie „żyjemy”. I nie skupiamy się by z tego zrobić biznes. Chociaż na naszym hobby zarabiamy i nie ukrywamy tego. Czasem nawet całkiem nieźle. Ostatnie miesiące były takie, że jakaś jedna trzecia moja dochodów pochodziła z majsterkowania. To spory zastrzyk finansowy.

MWO: Ale myślicie o tym, żeby w przyszłości utrzymywać się z majsterkowania, czy raczej chciałybyście, żeby to zostało w sferze hobby?

Alicja: Marzenie! Każdy chciałby żyć ze swojej pasji. Tylko wtedy trzeba znaleźć drugą pasję, żeby była pasją. ☺

Basia: Ja się obawiam, że jak ta pasja stanie się taką pełnoprawną pracą, to przestanie sprawiać nam tyle przyjemności, co teraz. Dlatego cały czas stoimy przed decyzją, czy chcemy z tej pasji robić zawód i pracę 24/7. Fajne są te historie o ludziach, którzy rzucają korporacje i idą robić start-upy, tylko ile z nich potem wraca do tych korporacji?

Sylwia: Nie oszukujmy się, spotykamy się w świetnym towarzystwie, nawet jeśli tylko we własnym. Mamy takie swoje Koło Majsterkujących Gospodyń Miejskich.☺ Pracujemy, pijemy kawę, wino, jemy jakieś ciacho. Jest po prostu fajnie. To są korzyści z  przyjemnego, sensownego spędzania czasu. A do tego mamy jeszcze z takiej fajnej roboty jakieś profity finansowe.

MWO: Czyli uciekacie od prowadzenia tego w formie biznesu, bo boicie się, że stracicie hobby?

Sylwia: To nie jest tak, że uciekamy. My naprawdę jesteśmy na co dzień bardzo zajęte. W efekcie nic długoterminowo nie planujemy. Nie  siadamy sobie i nie wymyślamy, że za pół roku będziemy mieć takie a takie wyniki na blogu, zdobędziemy jakieś kontrakty ze sponsorami i urządzimy konkretna liczbę warsztatów. Dużo rzeczy dzieje się spontanicznie. Jest nam też szkoda rzucać pierwszą, „podstawową” pracę. Oczywiście ze względu na stabilność finansową. Ale również dlatego, że pracujemy w zawodzie już kilkanaście lat. To jest 10-15 lat inwestycji w siebie, w swoją pozycję zawodową, umiejętności, kompetencje.

Basia: I co nie mniej ważne po prostu lubimy swoją pracę zawodową. Kiedy mamy momenty, że codzienna praca nas nuży, kiedy się wkurzamy, wtedy przychodzimy tutaj. Walimy młotkiem i jest lepiej. Ale tak naprawdę, koniec końców, każda lubi swoją „podstawową” pracę.

Alicja: Ja mam wrażenie, że teraz jestem dużo bardziej kreatywna w pracy zawodowej. Jestem w stanie wpaść na lepsze pomysły i wykorzystać dużo więcej narzędzi niż wcześniej. Mam lepsze umiejętności w kontaktach z ludźmi. I to jest fajne. Nie wyobrażam sobie tego, że kończy mi się macierzyński i nagle mam tylko Leona i „Majsterki”.

Sylwia: Zamęczyłabyś nas! Codziennie pisałabyś: „Czy uzupełniłyście excel, który wam wysłałam?” (śmiech)

MWO: W jaki sposób można dowiedzieć się o waszych warsztatach?

Alicja: Na naszym blogu i na Facebooku. O wszystkim, co ważne i ciekawe, a co dzieje się u nas tam właśnie piszemy. Czasami są to płatne zajęcia np. z przerabiania skrzyń wojskowych i kto chętny – zapisy. Ale zdarza się, że przychodzi sponsor, który zamawia warsztaty i wtedy udział w nich jest bezpłatny.

Sylwia: Urządzamy tez imprezy połączone z majsterkowaniem. Tydzień temu np. miałyśmy warsztaty urodzinowe dla siedmiolatków. Był też „majsterkowy” wieczór panieński …

MWO: A jaka jest optymalna liczba uczestników warsztatów?

Sylwia: Tych siedmiolatków było dwanaścioro. I to było w porządku. Dzieci się znały, udało się je sprawnie podzielić w grupy i zachęcić do wspólnej pracy. Zatrudniłyśmy też rodziców do pomocy – np. żeby pójść z dzieckiem do łazienki, zająć się jak brzuch rozbolał od zjedzenia za dużej liczby cukierków.

Basia: Najfajniej jest, jak rodzice zostaną i pracują razem z dzieciakami. To jest takie wspólne spędzanie czasu. Np. na warsztaty świąteczne zazwyczaj przyjeżdżają całe rodziny. To się świetnie sprawdza. Nagle dzieci i rodzice zaczynają odkrywać w sobie nowe talenty.

Sylwia: Pamiętam te prośby: „Tato, tato, czy mógłbyś mi zrobić Lorda Vadera na bombce?”. Tak, takie bombki też powstały. Piękne były!

Alicja: W przypadku dorosłych uczestników warsztatów to  maksymalna liczba uczestników około 15-18 osób.

Sylwia: Ale to jest limit, żeby coś dobrze zrobić. Jak robiłyśmy warsztaty z przerabiania skrzyń, to 10 osób był limitem. Z każdym z uczestników trzeba popracować, pomóc w oczyszczaniu, malowaniu, robieniu tapicerki. Jeśli jest 10 projektów robionych, to prowadzący tak naprawdę własnymi rękoma wykonuje jakieś 2,5 projektu. Bo wiemy, że uczestnicy rzadko są przyzwyczajeni do pracy fizycznej, męczą się, gdy trzeba zeszlifować, doczyścić. To jest naprawdę ciężka praca. Żeby ludzie się nie zniechęcili trzeba im sporo pomagać, dopingować, wspierać.

MWO: Wygląda na to, że 2016 to był dla was naprawdę intensywny rok.  Co najbardziej utkwiło wam w pamięci?

Sylwia: Na pewno nagrania na YouTube dla Allegro.

MWO: Jak „Majsterki” trafiły na  YouTube?

Sylwia: Zgłosiło się do nas Allegro, z propozycją poprowadzenia dla nich kanału na YouTube.

Basia: Część artystyczna, scenariusze i prowadzenie to były nasze zadania. Kręcenie i montaż nagrania – był już po ich, a konkretnie po stronie specjalistycznej agencji. Nie musiałyśmy się martwić ekipą, oświetleniem, dźwiękiem.

Alicja: To też był właśnie jeden z tych kroków przełomowych. To nauczyło nas trochę innej pracy, innej świadomości siebie. Tego, jak się mówi, co się mówi, jaka powinna być intonacja głosu na nagraniach. Dzięki temu projektowi zyskałyśmy tę umiejętność.

Basia: W ciągu weekendu nagrywałyśmy osiem filmów. W sumie wyszło 80 odcinków. Pobudki o 5 rano i zakończenie dnia zdjęciowego o 22:00. Następnego dnia to samo. A potem w poniedziałek trzeba było rano wstać do pracy…. To naprawdę był trudne, wysiłkowe wyzwanie, ale też bardzo fajna szkoła.

MWO: To była dla was szkoła, ze względu na pracę z kamerą, czy, że musicie się zmieścić z czymś w danym czasie?

Basia: Wszystko. I jeszcze musiało być ciekawe, projekt musiał ładnie wyglądać.

Alicja: Wyobraźcie sobie. Jednego dnia nagrywacie 4 odcinki, np. renowację szafki, stolik z walizki, żyrandole z durszlaków, odcinek o tym, jak wybrać pędzel w supermarkecie. Wiadomo, że farba, lakier muszą przeschnąć, żeby to dobrze wyglądało, itd. Jak przygotować poszczególne elementy, żeby jednego odcinka nie nagrywać cały dzień?

MWO: Pokazywałyście najpierw, jak się coś robi, a potem mówiłyście: „A tu już mam gotowy projekt po wyschnięciu”?

Alicja: Nie. Miałyśmy wcześniej przemyślane w głowie, co po kolei ma wchodzić, ale prawie nigdy nie miałyśmy zapasowych projektów na kolejnych etapach.

Basia: Nie było czasu, żeby to tak przygotować. Musiałybyśmy rzucić pracę.

MWO: Jakie plany mają „Majsterki” na 2017 rok? Myślicie o jakichś projektach specjalnych z firmami?

Basia: Nie tylko. Nawiązałyśmy kontakt ze Stowarzyszeniem Piękne Anioły. To są fantastyczne dziewczyny, które robią właściwie to co my, tylko na dużo większą skalę.

Sylwia: Współpracują z domami dziecka, ze świetlicami środowiskowymi. Pomagają im w remontach. Załatwiają pomoc materialną, ale same też działają. Chciałybyśmy z nimi zrobić kilka remontowych projektów.

MWO: Chciałybyście, żeby wasze produkty dostały nie tylko drugie życie w postaci nowego wyglądu, ale żeby ktoś z tego rzeczywiście korzystał.

Basia: Dokładnie tak. Nasza rodzina, znajomi, przyjaciele są już obdarowani ☺

Sylwia: Chodzi nam też o coś więcej. Jest już trochę blogów wnętrzarskich w Polsce. Jak powstawałyśmy, to jeszcze nie było ich tak dużo, ale teraz jest znacznie więcej. Coraz więcej jest prowadzonych przez dziewczyny, które zajmują się majsterkowaniem. Duża część blogów wygląda jednak w w ten sposób: „Mam 100 metrowe mieszkanie i będę wam pokazywała, jak ładnie mieszkam”. Albo: „Mam nowy dom to będę pokazywała różne sposoby jego urządzenia, wystylizowania salonu i balkonu”.  Tyle, że większość Polaków nie żyje w 100 m² czy w willi z ogrodem. My chcemy pokazać, jak można podziałać z małymi lokalami i za nieduże pieniądze, za to tak, żeby było ciekawie, indywidualnie, nie szablonowo. Po drugie, chcemy pokazać, że jeżeli masz w sobie ten power, to zrób coś jeszcze dla innych, bo ludzie w Polsce wciąż mieszkają w dramatycznie złych warunkach.

Alicja: Nawet, jak masz pracę i dziecko, to możesz wygospodarować godzinę, albo dwie, w trakcie których jesteś w stanie coś zrobić, żeby pomóc innym.

Sylwia: To nie jest też tylko kwestia „charytatywności”. Jeśli chcemy mieszkać w ładniejszym kraju, to zróbmy go ładniejszym.

MWO: To teraz na chwilę zboczymy z głównego tematu rozmowy. ☺ Alicja, a jak ty radzisz sobie z majsterkowaniem i macierzyństwem?

Alicja: Dzięki dziewczynom i dzięki tatusiowi dziecka, dajemy radę. Jak jestem tutaj w weekendy, to mały zazwyczaj zostaje z tatą.

Basia: Albo ląduje tutaj pod stołem, gdzie zamontowałyśmy dla niego specjalną majsterkową karuzelę.  Są jeszcze oczywiście dwie ciocie do niańczenia. ☺

MWO: Po urlopie macierzyńskim zamierzasz wrócić do swojej poprzedniej pracy?

Alicja: Tak, to jest chyba naturalne.

MWO: Myślisz o powrocie do pracy na pełny etat?

Alicja: Jeszcze tego nie wiem. Na razie i mój pracodawca i ja myślimy o pełnym etacie. Jak to będzie, jak przyjdzie ten dzień, to się okaże. Moja praca wymagała częstych podróży. Mam fajnego szefa, więc sądzę, że się dogadamy. Decyzję muszę podjąć za kilka miesięcy.

MWO: Masz wyrzuty na sumieniu, że zdarza ci się zostawić dziecko na cały dzień?

Alicja: Nie. Tęsknię za Leonem. Ale nie mam takich rozterek.

MWO: A wyrzuty ze strony rodziny, że jesteś wyrodną matką, bo zostawiasz dziecko?

Alicja: Niedawno miałam taką sytuację – chciałam wyjechać na 4 dni do pracy i musiałam z tego niestety zrezygnować. Z ojcem dziecka nie było specjalnego problemu. Ale reszt rodziny już nie była zachwycona. Oczywiście, jak zostawiam Leona, to mam takie matczyne drżenie, czy wszystko jest w porządku, ale z drugiej strony wiem, że robię coś dla siebie, a to jest bardzo ważne, by być dobrą matką. Bo dobre matki są szczęśliwe. Nie jestem matką, która siedzi w czterech ścianach i utyskuje na swój los, że tylko pieluchy i cycek. Staram się wychodzić do ludzi i łączyć macierzyństwo, z hobby i powoli z pracą. Staram się tak sobie zorganizować ten czas, żeby też mieć coś od życia.

Basia: Dziecko jest szczęśliwe, kiedy matka jest szczęśliwa!

WMO: Sylwia, Basia, zauważyłyście zmianę w Alicji, kiedy została mamą?

Sylwia: Jest jeszcze ładniejsza (śmiech). Wszyscy to mówią. ☺

Basia: Ja mam wrażenie, że mimo tego, że dziecko jest dużym obciążeniem, to daje niezłego powera i musisz być jeszcze bardziej poukładana. Alicja jest mistrzynią organizacji czasu swojego, swojego dziecka i naszego! ☺

Alicja: Ja to się śmieję, że gdyby jeszcze mnie wszyscy słuchali…

MWO: Przychodzą do was na zajęcia mamy. Rozmawiacie z nimi, obserwujecie.  Skąd waszym zdaniem bierze się potrzeba bycia „supermamą”, która radzi sobie ze wszystkim?

Alicja: W dużej części to efekt mediów i blogów parentingowych. Musisz być księżniczką, musisz być doskonała i równolegle musisz być Matką Polką. Ja nie ukrywam, że jak ma ktoś do mnie przyjść, to lepiej niech zadzwoni kilka godzin wcześniej, bo muszę sprzątnąć. Wolę sobie z małym poleżeć na kanapie, niż codziennie na szmacie jeździć. Ale to jest mój świadomy wybór.

Sylwia: My kobiety tak w Polsce mamy. I nie tylko, że od każdej wymaga się bycia idealną Matką Polką. Ale tego, że wszystko ma ogarnąć. Że musi sobie sama dać radę i jeszcze nie upominać się zbytnio, nie chwalić. Nadal dziewczyny są tak wychowywane…

Basia: Tak naprawdę, przypadki takie, jak Alicja, która łączy pracę, dziecko i jeszcze pasję, powinny być hołubione i powinni jej medal przyznać. A u nas, jak się rozmawia o tym, to słyszymy lekko lekceważące „jak to kobieta”. Kobiety ból zniosą, męża ogarną, dziecko i jeszcze, co oczywiste mają się piąć po szczeblach kariery. Tego się nie docenia. I co więcej, kobiety same siebie nie doceniają.

MWO: Czyli przed nami praca u podstaw, żeby kobiety same chciały inaczej żyć i przestać udawać.

Alicja: Tak, dokładnie. Sama z siebie się śmieję, kiedy przypomnę sobie wizytę u rodziców w ubiegłe lato. Mały był naprawdę mały i wtedy jeszcze chyba hormony u mnie szalały, bo stwierdziłam, to dobra, zrobimy taką słodką fotografię. Zrobiłam fotkę, wszystko ładnie, pięknie, a zaraz potem on mi się rozdarł, rozpętała się ulewa z wichurą. A na Instagramie została fotka, jak my fajnie spędzamy czas, jak to jest pięknie i słonecznie. To jest to. Same sobie stwarzamy te mity.

MWO: I niech to będzie podsumowanie naszej rozmowy. Bardzo serdecznie dziękujemy za spotkanie i do zobaczenia z młotkiem w dłoni! ☺

Majsterki to:

Barbara Sowa
Choć planowała studiować na ASP to ostatecznie wybrała dziennikarstwo. Po latach pisania do papieru, przeniosła się do ery 2.0 i pracuje w portalu Dziennik.pl. Na co dzień trzyma rękę na pulsie bieżących wydarzeń, ale artystyczne ciągoty co i raz ją dopadają. Wtedy maluje na płótnie, meblach i murach. Nałogowo czyta, strzela foty i wiecznie się gubi.

Alicja Rzeczkowska 
W cywilu szefowa marketingu i komunikacji w Somfy firmie specjalizującej się w produkcji automatyki do rolet i markiz. Po godzinach sama zajmuje się produkcją może jeszcze nie rolet ale wszelakich innych domowych sprzętów i sprzęcików. Dodatkowo to prawdziwa mistrzyni Excela.  W wolnym czasie uwielbia zarządzać swoim własnym imperium w strategicznych grach komputerowych.

Sylwia Czubkowska
Skończyła politologię w czasach gdy jeszcze premier nie ostrzegał, że lepiej być dobrym ślusarzem niż politologiem. Do ślusarstwa jej nie ciągnie ale za to nagle urodziło się w niej zamiłowanie do stolarstwa, które łączy z byciem dziennikarką ekonomiczną w Dzienniku Gazecie Prawnej. Do tego namiętnie piecze, czyta kryminały  i kompulsywnie ogląda amerykańskie seriale.

  

Dodaj komentarz

Chcemy być z Tobą w stałym kontakcie.

Zostaw swojego maila, aby otrzymać darmowe inspiracje, informacje o naszych akcjach, promocjach i najnowszych postach.

Subskrybując newsletter wyrażasz zgodę na przetwarzanie podanych danych i otrzymywanie od mamawokolicy.pl informacji handlowych.